wtorek, 21 października 2014

Rewolucja bezglutenowego życia!

Trochę to trwało jak mnie nie było... Wszystko pokomplikowało, to że  w moim życiu bezpowrotnie nie ma już glutenu, a akceptacja i przywyknięcie do tego faktu pochłonęła spory kawałek roku kalendarzowego.
Ale chyba wracam do wcześniejszych kuchennych aktywności, a oto mały dowód na to!

Pumpkin pie- kto o nim nie słyszał?! Cały internet przeżywa jesienno-halloween'owe oblężenie przeróżnych wariacji na jego temat. Nawet producenci prześcigają się w aromatyzowaniu wszystkiego co się da mieszanką przypraw korzennych wykorzystywanych do wzbogacenia dyniowego smaku, który solo nie porywa do tanga języka z podniebieniem.
Cóż, długo nie miałam w ustach cista, a zwłaszcza swojej własnej produkcji. Nie ukrywam, że z rozrzewnieniem spoglądałam na piekarnik, który ostatnimi czasy karciłam profanacjom jego przeznaczenia, piekąc w nim ekspresowe frytki do piekarnika!






A więc i oto król całego zamieszania, placek dyniowy, co więcej bezglutenowy. W smaku zadziwiająco lekki i aromatyczny, z lekkim posmakiem bananowej nuty i przyjemnym korzennym uzupełnieniem kompozycji. Sama dynia nie jest zbyt wyczuwalna, ale tworzy pewnego rodzaju bazę, dla całej gamy różnych smaków, jak płótno dla obrazu. ;)

Zakupiłam okrągłą dynię, nie wiedziałam ile będę potrzebowała więc wybrałam taką ok 3kg. Znalazłam następnie w internecie wskazówki jak przygotować puree, z tej pomarańczowej jesiennej księżniczki. Dynię traktuje się dosyć brutalnie, należy ją pociąć ja kawałki wydrążyć pestki, a następnie wyłożyć na blachę skórą do dołu i piec przez ok 1 godzinę w temperaturze 200'C, do miękkości. Moja dynia upiekła się tak dobrze, że skórkę zdejmowałam z niej jak ze sparzonego pomidora, za pomocą paluszków. Nic prostszego!

Dynię już miałam, teraz należało wyszukać odpowiedniego przepisu, pokusiłam się o przepis Marth'y Sewart, ze względu na jego prostotę i niewydziwione produkty. Czasem mniej znaczy więcej, zwłaszcza w sferze eksperymentów. Trochę go pozmieniałam w trakcie kuchennej improwizacji, ale to były w zasadzie kosmetyczne zmiany.

Farsz- przepis M. Stewart + moje poprawki
  • 7 dużych jaj(do farszu idzie 6 jaj, a ostatnie będzie potrzebne do ciasta kruchego)
  • 1 dynia
  • 1 łyżka śmietanki kremówki(pominęłam ten punkt)
  • 1 1/2 szklanki plus 2 łyżki brązowego cukru(użyłam tylko jednej szklanki tego cukru)
  • 2 łyżki skrobi kukurydzianej
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 1/2 łyżeczka cynamonu
  • 1 1/2 łyżeczka imbiru w proszku
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1/4 łyżeczka startej gałki muszkatołowej
  • 3 skondensowanego mleka(miałam tylko jedną puszkę słodzonego mleka skondensowanego)
  • ok 2kg dynia, lub 3 szklanki puree dyniowego(jak już wspomniałam, ja miałam dużą dynię ponad 3kg, użyłam połowę z mojej upieczonej na papkę dyni, w sumie było ponad 0,75l) 
  • Bita śmietana do podania (ja wolę wersję z serkiem philadelphia, jego słoność podkreśliła i wyostrzyła smak ciasta)
Całość umieszczałam po kolei w kielichu miksera, nie pieszcząc się z jego zawartością miksowałam na wysokich obrotach przez jakieś 30 sekund, wyszła z tego piękna gęsta masa przypominająca trochę sok "kubuś" tylko było bardziej gęste.

Kruche ciasto, wykorzystałam mój ulubiony przepis na ciasto kruche który pochodzi z przepisu na moją najukochańszą tartę cytrynową(która pojawi się na blogu już niebawem). Przepis w oryginale należy do Rachel Allen.
  • 200 g mąki pszennej(ja użyłam mąki bezglutenowej i bez-pszennej razowej)
  • 1 łyżka cukru pudru(zwykły jest tak samo dobry)
  • 100 g masła w temperaturze pokojowej
  • 1 jajko(można użyc połowy i resztą przesmarować podpieczony spód i zapiec jeszcze raz, jub wbić całe, a do uzyskania "wodoodpornej skorupki użyć drugiego)
  • szczypta soli
Wszystko ląduje w robocie do wyrabiania ciasta, albo ugniatamy ciasto ręcznie. po wyrobieniu ciasta wykładamy je w foremce do tarty, najwygodniej do wyłożonej papierem do pieczenia. Nakłówamy widelcem cały spód, najlepszym sposobem na to, żeby nie opadły boki ciasta w trakcie pieczenia, jest wyłożenie kolejną warstwą papieru do pieczenia wierzchu ciasta i wypełnieniem całej foremki po brzegi jakimiś strączkowymi(groch, fasola).
Podpiekamy spód przez 10-15 minut w 180'C, wyciągamy z pieca, zdejmujemy papier z ziarnami i przesmarowujemy tartę roztrzepanym jajkiem, i wkładamy do pieca jeszcze na 2-3min, to zapewni "wodoodporność" naszemu kruchemu, w trakcie zapiekania z dyniową masą.

Na taką "podstawę", bez zbędnego studzenia wylałam z kielicha miksera puszystą masę dyniową po same brzegi ciasta. Zapiekałam w 160'C przez jakąś godzinę. pod koniec pieczenia tarta była wyrośnięta jak biszkopt, co mnie trochę przeraziło, jednak w miarę chłodzenia opadła i przyjęła pożądany kształt.

Wadą lub zaletą tego przepisu jest fakt, że została mi połowa pieczonej dyni i połowa masy dyniowej, oczywiście wszystko wylądowało w zamrażarce na później!
Bo z pewnością wykorzystam ten przepis kolejny raz!



ps: Nawet Luna nie mogła się oprzeć pokusie i udawała, że pilnuje ciasta przed kotem, żeby sama niepostrzeżenie móc chapnąć smakowity kąsek! Ale to jej się również nie udało...

czwartek, 13 marca 2014

Torty, torciska i ogromne zaległości!!

Wybaczcie mi to milczenie!! Nie wiem czemu tak długo nic nowego nie wstawiałam, brak czasu, wymówki, zapominalstwo i masa innych rozpraszaczy... No nic, ale wracam! Miejmy nadzieję, że teraz będę wstawiała swoje słodkości na bieżąco! Trzymajcie za mnie kciuki, bo to wszystko nie takie proste...

Otóż pierwszy torcik był zrobiony na zamówienie, dla mojej znajomej, której córeczka skończyła niedawno roczek. Wcześniej robiłam dla niej tort na baby-shower w kształcie kołyski. W sumie nawet nie wiem kiedy ten czas zleciał... Ale nie o tym tutaj mowa, bo czas leci nieubłaganie i nic na to nie poradzimy.
Jeśli chodzi o ciacho, to w środku skrywa angel's food cake(jedno z moich ulubionych ciast, delikatne lekkie i białe jak skrzydełka aniołka), dżem malinowy, który zrobiła moja mama z malin wyhodowanych przez moją babcię(brzmi trochę jak eko-ciacho) no i króla  mojego podniebienia, a za razem uwodziciela kubków smakowych wszystkich innych: krem z ganache z białej czekolady i serka mascarpone z dodatkiem domowej roboty ekstraktu waniliowego(tak to też zrobiłam sama).


Te oto torcisko poniżej zrobiłam dla mojej kuzynki na 21 urodziny. Zabawne bo na swoje "oczko" zrobiłam podobny, może raczej z wnętrza jak z oprawy, ale jednak. Więc oto ten różowo-czarny bydlak, skrywa w sobie tęczę! Dokładnie jego duszą jest rainbow cake, niestety nie mam zdjęć podczas gdy był krojony, za ciemno było, żeby jakieś zdjęcie wyszło, bo urodziny wyprawiała w klubie, a tam jak wiadomo panuje klimat nazwijmy to "tajemniczy". Dekoracja jest wykonana z kremu maślanego, albo nazwijmy to z lukru maślanego ubarwiona barwnikami spożywczymi. Kolorowe blaty ciasta  przełożone są kremem gotowanym z przepisu mojej babci, nie zapomnę jak wyczekiwałam na "wypolerowanie" widełek od miksera, gdy babcia przygotowywała go do przełożenia biszkoptu... Tak więc mroczne torcisko, skrywa w sobie tęczę! ;)



A tu trzecie moje dzieło! Delikatny, dystyngowany i poważny. W sumie pomysł na dekorację mojej mamy, zaczerpnięty z internetu. W sumie ciasto powstało za jej inicjatywą. Bo było ono prezentem imieninowym dla jej dyrektor, która uwielbia odcienie beżu. Ciasto w środku jest klasycznym waniliowym biszkoptem, nasączonym amaretto, przesmarowanym powidłami śliwkowymi produkcji mamusiowej, a zwieńczony kremem, szefem wszystkich szefów- ganache z białej czekolady i mascarpone o waniliowym smaku. Cóż mam nadzieję, że i ten torcik zdobędzie serca, właścicieli podniebień, które będzie kusiło, delikatną konsystencją i słodyczą...


czwartek, 12 grudnia 2013

Tortowo, kolorowo!

Oj, coś dawno mnie nie było tutaj... Tyle kurzu, że aż nawet zdmuchnąć się nie da! ;P
Tym razem post może mało skromny, ale chyba potrzebny - tak mi się wydaje. Nie będę tutaj podawała przepisów do poszczególnych tortów, bo chodzi mi raczej o przedstawienie samej strony dekoracyjnej mojej twórczości. W sumie to są moje najlepsze prace jak do tej pory i mam nadzieje powiększyć owe archiwum! Każdy tort kryje za sobą inną okazje, w zasadzie poza McQueen'em i kołyską, to każdy z nich jest przygotowany na potrzeby moje prywatne. McQueen był moim pierwszym poważnym zamówieniem, kołyska za to była prezentem dla znajomej która spodziewała się swojego pierwszego dziecka na babyshower. Zdjęcie zostało zrobione na dworze, bo akurat była to zima, a konstrukcja dosyć niepewna, dlatego potrzebowałam jedno-czasowego chłodzenia wraz z dekorowaniem. ;)
Już niebawem kolejna porcja przepisów, tym razem w kolejce czeka parka cup-cake'ów "christmas, royal, red velvet cup-cake's" i pierniczone inaczej z powidłowym wnetrzem. ;)


















poniedziałek, 27 maja 2013

Rabarbarowy pleśniak- klasyka co wypieści każde podniebienie!!

Uwielbiam domowe sugestie, wchodzę do domu, a na środku, tak żebym przypadkiem tego nie pominęła - leży i pręży się, spory pęczkek rabarbaru! Całe kilo ślicznych różowo-zielonych łodyżek, i jak tu zbagatelizować aluzję, nawet przez przymrożone oczy jest zbyte wyraźna i zbyt jednoznaczna "Chcemy ciasta z rabarbarem!!". No to co, pach za łodygi i ciasto gotowe! ;)


Ciasto:
3 szklanki mąki
6 żółtek
1,5 kostki masła
łyżka cukru
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody oczyszczonej

Mąkę przesiać, wymieszać ze spulchniaczami i cukrem. Umieścić suche składniki w misce, dodać żółtka i miękkie masło. Całość zagnieść ręcznie bądź też za pomocą miksera z nakładką do ciężkiego ciasta.
1/3 ciasta włożyć do zamrażarki(najlepiej uformować zamiast kulki coś na kształt kotleta z hamburgera), generalnie na czas przygotowywania, stwardnieje wystarczająco. Resztą ciasta wylepić  spód blachy.




Owoce:
ok. 1kg jakie chcecie, najlepiej sezonowe, świeże i pachnące słońcem!!
można dodać nieco cukru i soku z cytryny, lub też w obawie przed owocową zupą, 2-3 łyżki mąki ziemniaczanej.
Rabarbar umyłam, pokroiłam i obsypałam 3 łyżkami sukru i skropiłam sokiem z 1 cytryny, następnie wyłożyłam go na surowe ciasto.




Bezowa piana:
6 białek
szczypta soli
1,5 szklanki cukru
3 łyżki mąki ziemniaczanej
łyżka ekstraktu waniliowego

Białka ubić na sztywną pianę ze szczyptą soli, dodawać stopniowo cukier dalej energicznie ubijając. Gdy piana będzie sztywna i lśniąca dodajemy mąkę ziemniaczaną i ekstrakt waniliowy. Gdy białka będą gotowe, wylewamy je w tym wariancie na rabarbar.
Teraz wykładamy naszą zamrożoną część ciasta z zamrażarki i na tarce o grubych oczkach ścieramy ciasto na wiórki. Następnie rozsypujemy je równomiernie  na cieście i do pieca! Pieczemy e 180-200'C przez 50-60 min, w moim przypadku wystarczyło nawet z nadmiarem 180'C i 55min.



 

Wszystkim życzę wypieszczonego podniebienia i rabarbarowej rozkoszy!! ;)

piątek, 10 maja 2013

Pascalove marchewkowe love!!<3

Oj aż wstyd się przyznać jak dawno mnie tutaj nie było, jak bardzo zaniedbałam bloga. Szczęście w nieszczęściu tylko bloga bo piekę dalej namiętnie... ;)
To właśnie jeden z owoców mojej namiętności  który powstał na rzecz wyjazdu mamy do Londynu. Chyba nie ma nic lepszego na wyjazd jak blacha "zwykłego" ciasta?! W tej konkurencji wygrywają niezmiennie keks, babka, ucieraniec czy właśnie ciasto marchewkowe! I właśnie nawiązując do tematu głównego dzisiejszej "postowej" weny- marchewkowiec. Przepis ten przechowuję w swoich notatka już kilka lat, bo jest to przepis Pascal'a Brodnickiego za czasów jego kultowego programu na tvn'ie. Co za tym idzie, sprawdzony, wielokrotnie wykorzystywany, niezawodny i ulubiony!
Cóż mogę o nim powiedzieć... Na pewno, że miłośnicy ciasta marchewkowego mnie w tym momencie będą ubóstwiać! ;) Wszystko dlatego, że ciasto jest wilgotne, puszyste, aromatyczne i pozwala na wiele kombinacji smakowych. Jednak cała tajemnica tkwi w ubiciu idealnie jajek z cukrem, tak żeby to była konsystencja wręcz bitej śmietany. Wiem brzmi dosyć trywialnie, ale jest to niezwykle istotne! Kolejną niezbędną rzeczą jest odpowiedni czas pieczenia ciasta, na tyle długi żeby ciasto się dobrze wypiekło i po wyjęciu z pieca  nie siadło na zakalcowym tyłeczku i na tyle krótki żeby ciacho nie wyszło suche jak krakersy.




1 1/4 szklanki oleju
4 jajka
2 szklanki drobno startej marchewki
2 szklanki mąki
1,5-2 szklanki cukru
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody oczyszczonej
2 łyżeczki cynamonu
szczypta soli
2 garści orzechów włoskich
2 garści rodzynek





Jajka utrzeć z cukrem na kremową masę, następnie dodawać stopniowo mąkę, olej, proszek do pieczenia, sodę oczyszczoną, cynamon oraz startą marchewkę. Na sam koniec należy delikatnie wmieszać orzechy i rodzynki. Ja nie zalewałam rodzynek wrzątkiem, ani nie siekałam orzechów, ponieważ wolę jak są w formie dużych kawałków niż posiekanej miazgi. ;) Przelewamy wszystko na dużą blachę wyścieloną papierem do pieczenia. Ciasto pieczemy ok. 40min w 200'C, ale konieczna jest kontrola "suchego patyczka" oraz jeśli po upływie czasu patyczek dalej będzie mokry, a ciasto już nabierze opalenizny niczym z egzotycznych wakacji, należy je przykryć z wierzchu papierem do pieczenia lub kawałkiem, foli aluminiowej i zostawić w piecu na następne 10min, po czym powtórnie nakłuć ciasto drewnianym patyczkiem i skontrolować stan upieczenia.





Jeśli ktoś miałby ochotę na dodatkowe wariacje smakowe, to podpowiem tylko, że dodatki z ciasta można zastąpić np. na kawałki czekolady, innego rodzaju orzechy, a rodzynki zamienić na np. żurawinę, czy suszone banany. Marchewkowy klasyk doskonale komponuje się z polewą czekoladową albo z kremem z serka typu philadelpia!




Smacznego i obiecuję poprawę jeśli chodzi o wstawianie kolejnych wpisów tutaj, w końcu niedługo zaczyna się sezon owocowy!!
Pozdrawiam Nina. :)


środa, 27 lutego 2013

Ostatnio zauważyłam u siebie coraz to większą tęsknotę za ciepełkiem, ogromem gamy kolorów i smaków jakie wiosna i lato nam oferują... Ale cóż jeszcze tylko troszkę  jeszcze chwilkę i będziemy mieli to wszystko z powrotem. Ja chciałabym wam przybliżyć i umilić to wyczekiwanie, delikatnym bardzo letnim deserem. :)




na ok 4 porcje:
owoce:
1 mała kobiałka jeżyn(ok 250g)
1 mała kobiałka borówek amerykańskich

krem:
500ml śmietanki kremóki
250g mascarpone
5 łyżek cukru pudru
ok 1/2 łyżeczki ekstraktu z migdałów
Śmietankę ubijamy na sztywną piane z cukrem, dodajemy aromat, a następnie łączymy z mascarpone mieszając miotełką ,lub mikserem na wolnych obrotach.





biszkopty:
paczka biszkoptów deserowych jak do tiramisu
40ml amaretto
pół szklanki czarnej herbaty wystudzonej

Herbatę i amaretto łączymy, a następnie nasączamy biszkopty w płynie. Nasączone biszkopty układamy w salaterkach, przykrywamy warstwą kremu i posypujemy owocami. Robimy dwie takie warstwy. Na koniec posypujemy jeszcze odrobiną owoców, dekorujemy wiórkami z białej czekolady i dwoma biszkopcikami(lub jednym przepołowionym).
Odstawiamy na 1h do lodówki i gotowe!! :)



niedziela, 23 grudnia 2012

Świątecznie na wesoło i glamour!! :)

Dawno mnie tu nie było, ale czas żeby to nadrobić właśnie nadszedł!! Wpis będzie podwójny, a co?!
Mam zatem przyjemność zaprezentować babeczki w podwójnie świątecznej odsłonie. Brzmi nieco jak pokręcona zagdaka? Nie jest tak źle, babeczki którymi chce się z wami podzielić bazują na jednym przepisie, co ułatwia całą sprawę. Przepis i pierwszą odsłonie babeczek zaczerpnęłam prosto ze strony www.mojewypieki.com.  Owe babeczki są świąteczną interpretacją na wesoło, czyli Rudolf's red nose reindeer! :)

(fot. Iga Peruga)








Ciasto(ok 26szt.):
3 szkl. mąki
1 łyżka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1 szczypta soli
1 łyżka mielonego cynamonu
230g masła
1 1/2 szklanki cukru (pudru lub bardzo drobnego)
4 duże jajka
2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
1 1/4 szklanki mleka

Suche składniki, poza cukrem wymieszać w dużej misce(mąkę wcześniej przesiać lub wsypać wszystko na sito w wsiać do miski). Masło musi być w temp. pokojowej, lub nieco cieplejsze, żeby łatwo było je utrzeć z cukrem. Oba składniki traktujemy ja na ciasto ucierane, czyli do białości, następnie w podobny sposób dodajemy jajka- po jednym dobrze miksując za każdym razem masę. Gdy już mamy ten etap za sobą, mieszamy mleko z ekstraktem i teraz na zmianę wlewamy odrobinę mleka i wsypujemy ok 1 dużej łyżki mącznej mieszanki, cały czas miksując mikserem na średnich obrotach. Tą czynność kontynuujemy do wyczerpania obu składników. Kiedy mamy już pełną michę cynamonowej pyszności bierzemy blach  bądź od razu 2 na 12 babeczek, wykładamy ją papierkami do mufinek i nakładamy ciasto łyżką do lodów(ok 2 kulki, tak jest najszybciej i najczyściej).
Kiedy i ten etap za nami, wkładamy nasze blade i jeszcze nijakie maleństwa do piekarnika nagrzanego do 180'C na 25min, BEZ termoobiegu, chyba że chcemy mieć babeczki powykręcane w różne strony.




krem:
600ml śmietany 36%
250g serka mascarpone
4 łyżki cukru pudru
1 łyżeczka pasty waniliowej (ja ją kupuje w Niemczech)

Śmietanę ubijamy z cukrem i pastą na sztywno, delikatnie łączymy ją z serkiem. przekładamy do rękawa cukierniczego i wyciskamy na babeczki ślimaczki, co będzie imitowało nam reniferowe puchate pyszczki. 
Potrzebne jeszcze będą wiśnie kandyzowane, precelki, mini marshmallows oraz odrobina ciemnej czekolady.
Pianki będą imitacją oczu, źrenice trzeba nakropić  z roztopionej czekolady, wiśnie wypadałoby odsączyć  bo inaczej nasze reniferki będą wyglądały jakby się posmarkały. Ostatnia najtrudniejsza sprawa, to poskromienie poroża z precelków, co jest na tyle niewdzięczne, że wymaga sporo cierpliwości i precelków. Problem polega na tym, że przy obłamywania precelków, tak żeby wyglądały na różki, owe barowe przekąski lubią się rozpaść w kilka niekształtnych odłamków, jednak jest to do zrobienia, nie martwcie się!

(fot. Iga Peruga)


A teraz czas na wersje glamour!! Czy ktoś sobie wyobraża święta bez maku, bo ja nie! Przepis na ciasto jest dokładnie taki sam, wiec nie będę się powtarzać, za dużo tekstu jeszcze was odstraszy! ;)
Jedyną dodatkową rzeczą jest 1/2 puszki  masy makowej, którą nakładamy w ilości ok 1 1/2 łyżeczki, pomiędzy  dwiema "kulkami" ciasta, proste prawda?! Cała dalsza procedura także się powtarza.
Teraz tylko przyszedł czas na krem, jeden z moich ulubionych, diabelsko słodki, ale efektowny!



Swiss Meringue Buttercream:
5 białek (ok 150g)
1 szklanka i 2 łyżki cukru
340g masła
2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
1 szczypta soli
Białka z cukrem umieszczamy w misce na garnku z gotującą się wodą - czyli tzw. kąpiel wodna. Podgrzewamy mieszając, aż do momentu jak cukier się rozpuści i białka osiągną ok 60'C, wtedy cukier ma odpowiednią konsystencje(delikatnie karmelizuje) i też białka są wysterylizowane, wiec nie trzeba się martwic o salmonelle. Kiedy już białka są gotowe, ściągamy z garnka i ubijamy na pięknie lśniącą bezową piane, musi być sztywna i ciągnąca się za widełkami miksera po wyciągnięci ich z masy, ale o to się nie ma co martwic, bo i tak trzeba ją ubijać do momentu aż wszystko przestygnie do ok. temp. pokojowej. Teraz czas przyszedł na ekstrakt i masełko. Musi ono być bardzo miękkie i pokrojone w drobną kostkę! Ponieważ do bezowej piany dodajemy po jednej takiej kosteczce (ok 1 łyżki), cały czas mieszając mikserem na średnio-wolnych obrotach, aż ta porcja masła się dobrze rozprowadzi w białku. Gdy już cała ilość masła wyląduje w bezie, a masa nie będzie dalej gładka, wystarczy ją nieco jeszcze dopieścić mikserem na szybszych obrotach. Jeśli uznacie, że masa jest zbyt płynna, to wystarczy ją wstawić do lodówki na jakąś chwile, a później jeszcze raz potraktować mikserem! teraz przekładamy do rękawa cukierniczego z jakąś ciekawą tylką i wyciskamy w dowolnym kształcie na baczki krem, jednak nie może być go za dużo, nie ukrywajmy jest nieziemsko tłusty i słodki, a w nadmiarze mdlący. Ja jeszcze udekorowałam całość błyszczącym, fioletowym, gruboziarnistym cukrem. I Voilà! Mamy cudowne świąteczne babeczki w wersji glamour...



Które wybierzecie, wybór należy do was! Ja mogę życzyć jedynie słodkich i smacznych świat do podstawowego składu życzeń typu radosnych, wesołych i rodzinnych. 
Pozdrawiam Nina. :)